Czakry w ciele człowieka

background-1107667__340Dopiero niespodziewana zmiana w kierującej nami machinie życia, niekiedy nawet wstrząs, zwany nieszczęściem, wybija nas z letargu nieświadomości. Takie doświadczenie uprzytamnia nam nietrwałość zewnętrznych „obiektów”, w których „lokujemy” źródło swojej satysfakcji. A jeżeli ponowne uzależnienie od innych zewnętrznych „obiektów” z góry spisane jest na niepowodzenie, być może trwałe rozwiązanie tkwi gdzieś indziej – właśnie „wewnątrz”?  Drogi Czytelniku, przekonaj się sam! Nie musisz w nic uwierzyć, gdyż nie ma niczego bardziej rzeczywistego od Ciebie samego. Nie musisz niczego wiedzieć, gdyż nie ma wyższej wiedzy nad poznanie samego siebie. Miejscem, na którym powinieneś skupić swoją uwagę jest właśnie środek klatki piersiowej. W systemie indyjskiej jogi nazywa się je czakrą Serca, a w Chrześcijaństwie Sercem Jezusa. Odnoszą się one do jednego z głównych ośrodków świadomości w ludzkiej istocie. System indyjskiej jogi mówi o tysiącach „kanalików” energetycznych pokrywających witalne – czyli emocjonalne lub inaczej mówiąc subtelne – ciało człowieka. Nieustannie przepływa nimi energia życiowa, a w miejscach jej skrzyżowań powstają centra energetyczne zwane czakrami. W ciele subtelnym człowieka jest ich kilka tysięcy, jednak spośród nich wyróżnia się siedem największych. Sześć rozmieszczonych jest wzdłuż całego kręgosłupa, natomiast siódma znajduje się około pięciu centymetrów nad szczytem głowy. Każde z tych centrów energetycznych jest „bramą” do odpowiadającego mu „obszaru” świadomości, ale skupianie się na którejkolwiek z nich bez odpowiedniego przygotowania i przewodnictwa kompetentnego nauczyciela może być bardzo niebezpieczne. Wyjątkiem jest tylko jedna z tych czakr, jest nią właśnie Centrum duchowego Serca, zwane w sanskrycie czakrą Anahata. Znajduje się ona w środku klatki piersiowej i właśnie to miejsce wskazujemy intuicyjnie, gdy mówimy o sobie.

Tysiące lat mijają w nieubłaganym pędzie

bridge-1149906__340Pokolenia przetaczają się w trudzie swych zmagań. Rody i społeczeństwa umierają i odradzają się w swych potomkach. Ja i Ty bez ukojenia zbieramy żniwo swego przeznaczenia. Czy zawiłe losy każdego z nas są dziećmi przypadku czy też rezultatem naszych działań? Artykuł zaskakuje świeżym spojrzeniem na życie…  „Czana! – kim są ci ludzie? Dlaczego ich włosy nie są czarne, jak nasze? Dlaczego ich skóra jest dziwnie pomarszczona? Dlaczego ledwo chodzą i są tak skąpo odziani w stare łachmany?…” Te pytania wypłynęły z ust wielkiego księcia w chwili jego młodzieńczego rozkwitu i chwały. Chwili, która pojawiając się nagle w ciągu sześciu lat zamieniła beztroskiego księcia doczesności w przenikającego Prawdę Króla Wieczności – Przebudzonego.  Tysiące lat mijają w nieubłaganym pędzie. Pokolenia przetaczają się w trudzie swych zmagań. Rody i społeczeństwa umierają i odradzają się w swych potomkach. Ja i Ty bez ukojenia zbieramy żniwo swego przeznaczenia.  Czy nasze zawiłe losy są dziećmi przypadku czy też rezultatem własnych działań? Nieświadomy początek i nieuchronny koniec naszego życia są żartem bezdusznej natury czy też skutkiem zawartym w jej istocie? Czy w ścieżkach wybieranych przez nasze przeznaczenie kryje się niewidzialny drogowskaz czy też uwijane są one w bezwładnym nieładzie?  Niemal każdy z nas, sprowokowany niespodziewanymi wybrykami rzeczywistości, zaskoczony nieuzasadnionymi, a niekiedy i bezlitosnymi zwrotami losu, choć na chwilę zatrzymuje swą myśl przy tych pytaniach. Z nadzieją na zrozumienie wypatruje w nich uwolnienia, lecz te, jak chmury na niebie, rozwiewają się po chwili i pozostawiają nas z niesmakiem własnej ulotności. Jednak pomimo braku bezpośredniej odpowiedzi, sama ich obecność obdarza nas czymś szczególnym: przełomowym spostrzeżeniem i oświecającym przeobrażeniem – zmusza nas do stanięcia twarzą w twarz ze zrodzoną z tych pytań ostateczną zagadką: KIM JESTEM? Te dwa słowa zawierając w sobie wszystkie inne pytania, bezpośrednio kierują poszukującego do sedna ostatecznego zrozumienia. Zatem nie będzie już niepokojony ten, kto znajdzie na nie odpowiedź.  Kim jesteś? Czy jesteś swym ciałem? Spójrz, drogi Czytelniku, na siebie i przeprowadź mały eksperyment. Spróbuj przedstawić się samemu sobie tak, jak przedstawiasz się wśród nieznajomych. Przyjrzyj się swoim gestom i wsłuchaj w to, co wtedy mówisz. Reakcje wielu ludzi są podobne. Niemal każdy kładzie dłoń na własnej klatce piersiowej i wymawia swoje imię. Zastanawiające, dlaczego nikt nie wskazuje np. na głowę. Przecież to tam, według większości z nas, ze względu na obecność myśli, znajduje się prawdziwe nasze Jestestwo. Czyżby powodem była zwykła anatomia powodująca, że łatwiej jest wskazać na klatkę piersiową? Dlaczego więc nie wskazujemy na brzuch, czy też będąc w pozycji siedzącej nie łapiemy się za kolano…?  Powód jest ku temu inny. W swoim codziennym życiu skupieni na zewnętrznych obiektach i sytuacjach, pochłonięci zabieganiem o spełnienie swych potrzeb i pragnień, zupełnie nie zauważamy samych siebie. Zdawkowe przeglądanie się w lustrze służy jedynie lepszemu dopasowaniu do trendów narzucanych przez innych ludzi. W nieprzemyślanej nadziei sądzimy, że kolejny samochód i jeszcze jeden dom obdarzą nas pełną satysfakcją i trwałym spełnieniem. Jednak czy upragniona satysfakcja jest podzespołem montowanym w samochodzie? Czy może spełnienie leży w wielkości i kolorze domu?

Niewolnica kompleksów

camera-791377__340Uznałam, że Janis tworzyła w akcie desperacji, ponieważ mimo zapewnień jej przyjaciół, którzy w wielu wypowiedziach podkreślają jej ukochanie życia (por. Ellis Amburn „Perła. Obsesje i namiętności Janis Joplin”: „Dla Janis Bóg i seks, duchowość oraz wolność i przyjemność – to była niepodzielna treść życia. (…) Kochała życie i miała wewnętrzne przekonanie, że jeśli coś sprawia przyjemność, to należy to robić”) kiedy teraz na nią patrzę w wywiadach, jakie pozostały czy czytam o niej, z małych dygresji i między słowami, odnajduję zagubioną dziewczynkę, brzydulę, która przez całe swoje życie nie mogła osiągnąć emocjonalnej stabilizacji. Nie mogła, bo nie chciała. Musiałaby wówczas przystać na to, że nie jest kobietą uznawaną obiektywnie piękną, pełną uśmiechu i seksapilu. Musiałaby pogodzić się ze swymi błędami, z tym że mnóstwo zachowań kopiuje, bo nie wierzy w swój potencjał. Wyobrażam sobie, jaka mogłaby się stać po przejściu tej granicy i po osiągnięciu pełnej akceptacji dla samej siebie. Mogłaby być geniuszem artystycznym (przed odkryciem talentu wokalnego Janis malowała i wychodziło jej to, według licznych relacji, bardzo udanie. W szkole ponadpodstawowej pisała też sztuki. Jej psychoterapeuta doktor Ed Rothschild parę miesięcy przed śmiercią stwierdził, że intelektualnie balansowała na granicy geniuszu) Wyobraźcie sobie Janis Joplin spotęgowaną o to wewnętrzne światło ufności. Mogła być boginią, primadonną wszechczasów, a stała się tylko hipiską o niezwykłym głosie. Mogła być szczęśliwą, spełnioną kobietą, tymczasem była niewolnicą poszukiwań szczęścia w seksie, narkotykach, pieniądzach i sławie. Myślę że świetnym odzwierciedleniem jej problemu utknięcia w pewnym martwym punkcie z okresu dorastania, była wizyta w rodzinnym Port Arthur, w Teksasie, gdzie jako dziewczynka została skazana na ostracyzm, z którym wówczas nie potrafiła walczyć. Powróciła z żałosnym pióropuszem na głowie, roztaczając wokół blichtr światowej sławy. Na nagraniu z tej wizyty (można je łatwo znaleźć na youtubie pośród wywiadów z Joplin) wyraźnie widać, że stała się znowu tą małą, bezradną dziewczynką, pozującą tylko na silną i wyzwoloną. Udaje swobodną, ale co jakiś czas zamyśla się, można odnieść wrażenie, że lada moment wybuchnie płaczem, ale zamiast tego następuje wybuch nienaturalnego chichotu. To Pearl, z której próbuje wydostać się prawdziwa Janis, obawiająca się jednak jak tą prawdziwą przyjmie głupio śmiejący się tłum.

Janis historia życia

city-995780__340Pearl mieniąca się wszystkimi barwami; niczym pstra papuga, obwieszona koralikami, z szopą potarganych włosów, przyozdobionych piórami i z boa, zdobiącym (szpecącym) chude ramiona, była przeciwstawieństwem Janis – pragnącej miłości, jak niemal każda kobieta łaknącej ciepła i stworzenia domu, spokojnej przystani. Pearl i Janis – dwa imiona, wskazujące na chroniczne rozdwojenie jaźni, wynikające z intensywnego ćpania. Poza Bessie, której Janis ufundowała nawet nagrobek, piosenkarka podziwiała i naśladowała także innych przedstawicieli glam rocka – uwielbiała Little Richarda, lubiła Tinę Turner. Bez wątpienia imponował jej w ich twórczości scenicznej przepych, splendor, kiczowaty wizerunek zblazowanych artystów, trzeba przyznać, że niezwykle energetycznych. Ważna dla niej była także wielka diwa tamtego pokolenia: Odetta Holmes – niespotykana indywidualność artystyczna, o przepięknym głosie, mądra, jednym słowem: olbrzymka.   Janis nie rozstawała się też z biografią Billie Holiday, artystki która stanowiła dla niej ważną inspirację. Lady Day używała swojego głosu w służbie swingowego jazzu. Odbiór jej fenomenalnego wokalu bardzo przydał się Janis; poszerzył jej muzyczne fascynacje, wniósł do nich nieco wyrafinowania i chęci osiągnięcia kunsztu. Na jej koncepcję śpiewania miał duży wpływ także Otis Redding, który zrewolucjonizował soul. Jakie książki czytała Janis Joplin? Niewyszukane i także bardzo a propos szalonych czasów, w których przyszło jej żyć. Były to więc, obok wspomnianej biografii Billie, popularna wówczas powieść Jacka Kerouac „On the Road” (Na drodze), a także bardzo kontrowersyjny „Naked Lunch” (Nagi Lunch) Williama Burroughs. Obydwie kładły nacisk na to co Janis ukochała: na swobodę odkrywania świata i człowieka, nie uznającą kompromisów, posuniętą do granic dobrego smaku, urzeczoną wszystkim co teraz wydaje nam się turpistyczne i kiczowate.

Starzejące się społeczeństwo

homeless-844206__340Unia Europejska dostrzega fakt iż społeczeństwo starzeje się. W związku z czym rośnie liczba osób cierpiących na przewlekłe choroby. Ich stan zdrowia wymaga często intensywniejszej opieki medycznej. Osoby mieszkające na oddalonych obszarach mogą nie mieć tak łatwego i częstego dostępu do pomocy medycznej oraz do lekarzy niektórych specjalności, jak wymagałby tego ich stan zdrowia.  Rozwiązanie tego problemu upatruje się w intensyfikacji rozwoju telemedycyny. Pod tym pojęciem kryje się świadczenie usług zdrowotnych z wykorzystaniem technologii informacyjno-komunikacyjnych, w sytuacji, gdy pracownik służby zdrowia i pacjent (lub dwaj pracownicy służby zdrowia) nie znajdują się w tym samym miejscu. Usługi telemedyczne wiążą się z przesyłem danych i informacji medycznych (jako tekstu, obrazu, dźwięku lub w innej formie), które są konieczne do działań prewencyjnych, diagnozy, leczenia i kontroli stanu zdrowia pacjenta.  Zgodnie z wytycznymi Komisji do końca 2011 roku państwa członkowskie powinny dokonać ocen i dostosowań krajowego ustawodawstwa, umożliwiających szerszy dostęp do usług telemedycznych.  Komunikat zakończono jak następuje: „Nadszedł czas, aby telemedycyna przyczyniła się do poprawy życia pacjentów i zaoferowała nowe narzędzia pracownikom służby zdrowia. Telemedycyna może pomóc systemom opieki zdrowotnej w uporaniu się z poważnymi wyzwaniami, które stoją przed nimi, i otwiera duże możliwości przed przemysłem europejskim”  Jak widać UE przywiązuje bardzo dużą wagę do zastosowania nowoczesnych rozwiązań w dziedzinie opieki zdrowotnej. Jak wygląda to obecnie w Polsce. Kilka ośrodków medycznych prowadzi działania badawczo- rozwojowe w tym kierunku. Są już dostępne pierwsze oferty telemonitorowania ciśnienia, teleEKG i inne.

Procesy myślowe

cityscape-1149048__340-1Wszyscy uwielbiamy słuchać opowieści, które kończą się happy endem. Kiedy słyszymy o szczęściu czy powodzeniu innych, sami zaczynamy wierzyć, że i nas w końcu spotka coś dobrego. Bajeczne opowieści, których bohaterowie, dzięki nieprzewidywalnym i niesamowitym okolicznościom, nagle całkowicie zmieniają swoje życie fascynują nas wszystkich.  Wszyscy uwielbiamy słuchać opowieści, które kończą się happy endem. Kiedy słyszymy o szczęściu czy powodzeniu innych, sami zaczynamy wierzyć, że i nas w końcu spotka coś dobrego. Bajeczne opowieści, których bohaterowie, dzięki nieprzewidywalnym i niesamowitym okolicznościom, nagle całkowicie zmieniają swoje życie fascynują nas wszystkich.  Chcemy wierzyć, że i nam przydarzy się jakaś cudowna i fantastyczna historia… Życie Joanny Gryzik von Schaffgotsch przypomina właśnie taką bajkowa opowieść.   Joanna Gryzik urodziła się w Porębie na Śląsku dokładnie 29 kwietnia 1842 roku. Wiadomo na pewno, że pochodziła z biednej śląskiej rodziny i w wieku trzech lat została osierocona przez ojca. Źródła, odnoszące się do biografii Joasi, nie są zgodne jeśli chodzi o postaci jej rodziców. Jej ojciec Jan był albo komornikiem albo pracownikiem huty cynku, należącej do śląskiego przedsiębiorcy – Karola Goduli.  Z kolei jej matka Antonia była służącą w domu Goduli, a kiedy po śmierci męża zaniedbała opiekę nad swoimi dziećmi, czteroletnią wówczas Joanną zajęła się Emilia Lukas, która również pracowała w domu śląskiego przedsiębiorcy. Joasia zamieszkała więc w domu Karola Goduli, człowieka niezwykle bogatego a zarazem samotnego. Ten śląski przedsiębiorca, którego podejrzewano o konszachty z diabłem, został okaleczony kiedy pracował w lasach Ballestrema i nie mógł mieć swoich dzieci. Joanna potrafiła sobie zaskarbić sympatię „króla cynku”. Jak głosi legenda pewnego wieczora dziewczynka narwała w ogrodzie kwiatów i zaniosła je Goduli. Karol, zaskoczony sympatią którą okazała mu ta mała dziewczynka, postanowił się nią zaopiekować. Mała wychowywała się więc w domu ,,króla cynku”, który zatrudnił dla niej nawet prywatnego nauczyciela.   Kiedy dziewczynka miała sześć lat Karol Godula poważnie zachorował i wkrótce zmarł. Jednakże na dzień przed śmiercią udało mu się sporządzić przed komisją sądową testament, w którym to uczynił sześcioletnią, ubogą dziewczynkę główną spadkobierczynią swych dóbr. Joasia odziedziczyła w sumie cztery kopalnie galmanu i połowę udziału w kolejnej, sześć kopalni węgla, cztery majątki ziemskie: Szombierki-Orzegów, Bobrek, Bujaków oraz Chudów-Paniówki, a więc łącznie prawie 70 tys. mórg pola i prawie 3,5 tys. mórg lasu.   Ostatnia wola Karola Goduli oburzyła przede wszystkim jego siostrzeńców, którzy liczyli na majątek wuja. Mała Joanna pokrzyżowała im plany, więc próbowali obalić ostatnią wolę wuja. Ponieważ w testamencie widniał również zapis, że w wypadku bezpotomnej śmierci Joanny Gryzik, cały majątek odziedziczyć miałyby dzieci sióstr Goduli, posunęli się nawet do zorganizowania zamachu na jej życie. W takich okolicznościach opiekunowie dziewczynki zdecydowali się umieścić ją w klasztorze Urszulanek we Wrocławiu.