Świadome współodczuwanie

autumn-972708__340Kropla oceanicznej wody przybiera swoją formę kropli i tylko dlatego otrzymuje tę nazwę, natomiast jej kwintesencja – woda, w niczym się nie zmienia. Mała kropla nie ma wielkiej mocy, ale kiedy powraca do swojego źródła – oceanu, nie tylko uzyskuje jego potęgę, ale i ją współtworzy. Wtedy poprzez moc jedności kształtuje granice tego świata, tworzy kontynenty i z powrotem je zabiera. Z chwilą powrotu do oceanu umiera jej forma – kropla, ale ona sama o swojej „śmierci” nie ma pojęcia, gdyż nadal jest tą samą wodą, jak przedtem. Podobnie człowiek będąc formą, systemem przenikających się granic, nie jest nimi samymi, jest świadomością Jedności chwilowo oddzieloną brzegiem myśli i pragnień. Poprzez świadome współ-odczuwanie lub inaczej mówiąc współczucie stopniowo przekraczamy te granice, które pozostawione przez swojego twórcę, czyli nas samych, daleko w tyle, przestają istnieć. Tak, jak ta kropla, opadając z chmur znajduje dzięki grawitacji drogę do swojego źródła – oceanu, tak i człowiek poganiany cierpieniem, wynikającym z jego ograniczoności i przyciągany przez tkwiącą w nim samym boską Miłość nieprzerwanie staje się tym, kim w rzeczywistości jest, wieczną Nieskończonością – Przebudzonym.  W wyniku doświadczeń poszerzania świadomości, na przestrzeni tysiącleci wykształciło się, w obszarze dzisiejszych Indii, wiele systemów filozoficznych, które na różne sposoby opisują tę odkrywaną wewnętrzną Rzeczywistość. Próbę przedstawienia w słowach tego, co jest nieskończone i niepojęte nazywamy filozofią. Najstarszym z dojrzałych systemów filozoficznych jest sankhja, na której opiera się późniejszy system jogi. Przestudiowanie ich założeń da Wam solidną podstawę do przemierzenia świata wschodniej filozofii, jak również może przybliżyć do zrozumienia kim w rzeczywistości każdy z nas jest.

Historia starożytnego władcy

aphamia-1078491__340-1Dwa i pół tysiąca lat temu na obszarze współczesnych Indii wielkim państwem rządził potężny król. Urodził mu się syn i już same narodziny owiane były welonem niezwykłości, a towarzyszące mu znaki i przepowiednie wróżyły coś wyjątkowego. Zaraz po narodzinach, dumnego ojca odwiedził mędrzec. Nagłe jego pojawienie się wzbudziło sensację, gdyż od dziesiątek lat nie pokazywał się wśród ludzi. Przyszedł z gór z prostym przesłaniem, jednak dla pełnego ambicji i nadziei na rozkwit potęgi dynastii króla, okazało się przesłaniem przerażającym. Dowiedział się, że jego syn stanie wkrótce przed wyborem dwóch dróg. Wybierając pierwszą zostanie najpotężniejszym władcą. Druga, nie dając mu nawet odrobiny ludzkiego współczucia sprawi, że nie będzie na świecie człowieka biedniejszego od niego, lecz dzięki wyrzeczeniu zdobędzie moc, której nikt jeszcze nie zdobył – moc poznania samego siebie. Minęły lata. Król, wciąż pamiętając o przepowiedni mędrca, zabronił młodemu księciu wychodzenia poza mury pałacu. W nadziei na wpłynięcie na jego przyszłą decyzję, kazał otoczyć go przepychem i najbardziej wyszukanym pięknem i radością. Jednak każde, nawet złote mury stają się więzieniem dla zrodzonej z nieskończoności natury człowieka. W jego bezustannej ewolucji nadchodzi czas, kiedy żadne doczesne więzy nie są w stanie zatrzymać go na drodze do bezwarunkowej wolności – samo-urzeczywistnienia.  Książę zapragnął opuścić mury pałacu, więc król nakazał przygotować całą drogę jego przemarszu i usunąć wszelkie znamiona brzydoty, starości, cierpienia i śmierci. Nie wiedział jednak, że przeznaczenia nie da się oszukać. Niespodziewanie wśród wiwatującego tłumu, pomimo wszelkich zabiegów posłańców króla, pojawiło się kilku biednych starców. Zaskoczony książę zapytał swojego sługę i wiernego przyjaciela Czanę, kim oni są. Dowiedział się wtedy, że świat nie jest tak piękny i beztroski, jak ten w pałacu. To szokujące doświadczenie otworzyło mu oczy. Wkrótce poznał drugą stronę życia – starość, chorobę i śmierć, a w końcu przerażającą dla niego prawdę, że dotyczą one również i jego!  Książę, nie mogąc się z tym pogodzić, rozpoczął poszukiwania. Po kryjomu opuścił pałac i zamieszkał w głębokich lasach. Spędził wiele lat na rozmowach z zamieszkującymi je ascetami, ale wkrótce przekonał się, że i oni, pomimo zewnętrznych pozorów niezależności, nie znają ani prawdy, ani drogi do trwałego spokoju, szczęścia i nieśmiertelności. Jednak dzięki nim zrozumiał, że musi zagłębić się do wewnątrz siebie i sam, bez niczyjej pomocy, osiągnąć najwyższy Cel. W ciągu następnych lat bezustannej medytacji wtopił się w leśny krajobraz. Jednak niemal nic nie jedząc wyczerpał jedynie swą energię życiową i wkrótce jego ciało nie było już w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Koniec był bliski.  Przeznaczenie chciało jednak inaczej. Niezłomna wytrwałość, nawet, jeśli pchana upartą ignorancją, zawsze prowadzi do upragnionego celu. Oto pojawiła się młoda dziewczyna z pobliskiej wsi, która przyszła nad rzekę, aby zaczerpnąć wodę. Niespodziewanie, zauważyła nieszczęsnego ascetę. Najpierw ogarnął ją strach, ale zaraz potem fala współczucia wypełniła jej serce. W bezwarunkowym odruchu postanowiła mu pomóc. Powoli skrapiając jego usta i zaschnięty język, masując jego ciało przywróciła go do życia. Książę odzyskawszy przytomność, na widok jej współczującej opieki w jednej chwili dostrzegł swój błąd. Zrozumiał, że nie w negacji i odrzuceniu jest spełnienie. Nie w ekstremalnej drodze prowadzącej do śmierci, ale w zrównoważonym umiarkowaniu – w drodze środka. W swoim życiu doświadczył obu skrajności: był rozpieszczanym księciem i porzuconym ascetą. Wiedział już, że obie te drogi kończą się śmiercią. Proste serce wiejskiej dziewczyny objawiło mu prawdę. Droga leży w skromnym współ-odczuwaniu. Z punktu widzenia wieczności człowiek nie stanowi odrębnej jednostki. Tylko chwilowo w uwarunkowaniu swej zewnętrznej formy istnieje, ale w istocie jest wiecznie żyjącą Jednością.

Satysfakcja i spełnienie

approval-15914__340Odkryj zaskakująco prostą prawdę. Jej uświadomienie w mgnieniu oka zrzuci z Ciebie łańcuchy uzależnienia i przywiązania. Dowiesz się, że satysfakcja i spełnienie leżą nie w otaczających Cię obiektach, ale w Tobie samym; że zewnętrzne przedmioty spełniają rolę jedynie stymulatora powodującego odczuwanie satysfakcji i jedynie u tych, którzy nie potrafią czerpać jej bezpośrednio z wewnątrz. To doświadczenie obudzi w Tobie ogromną nadzieję. Zawsze podświadomie wyczuwaną nadzieję na wyzwolenie, a wraz z nią nieznaną wcześniej radość. Radość tym większą, że emanującą posmak nieskończoności.  Wiele jest sposobów zagłębiania się w duchowe Serce. Możesz wypróbować kilka z nich, ale wybierz w końcu ten, który od początku sprawi Ci radość. Jeśli bliska Ci jest chrześcijańska modlitwa – módl się; jeśli buddyjska logika – rozważaj i kontempluj; jeśli natomiast przyciąga Cię hinduska joga – medytuj. Ale praktykuj tę wybraną drogę codziennie z niezachwianą szczerością. Nie można poznać duchowej Miłości bez praktyki, a bez poznania jej na własnej ścieżce, nie można zrozumieć innych dróg. W przeciwnym razie nie uświadomisz sobie, że jest Ona źródłem, podstawą i celem każdej z nich, a bez tego uświadomienia nie może pojawić się w Twoim umyśle ani prawdziwa trwała tolerancja, ani prawdziwy trwały pokój. Ci, którzy nie kroczą ze szczerością wobec samych siebie swoją własną drogą, którzy nie praktykują tego, czego nauczają, a zamiast miłującego Serca pielęgnują tworzący bariery umysł, zawsze będą żyli w świecie bezsensownych kłótni i wojen prowadzących jedynie do cierpienia i śmierci. Nie pozwól, abyś stał się jednym z nich. Wystarczy kilkanaście minut każdego dnia poświęconych samemu sobie – swojej prawdziwej Istocie, aby uwolnić świat. To wystarczy, gdyż świat składa się właśnie z każdego z nas z osobna. Trwały pokój na Ziemi wzrasta wraz ze wzrostem świadomości w miłujących sercach każdego człowieka.

Duchowa droga jest procesem transformacji

architecture-20787__340Skupianie na nim swojej uwagi jest nie tylko całkowicie bezpieczne, ale w obecnej erze również najwłaściwsze. Główną jakością tego ośrodka świadomości jest bezmiar. Dzięki temu zagłębiając się w nie poszerzamy swoją świadomość do nieskończoności, co oznacza stopniowe stawanie się nieskończonością. Duchowa droga jest procesem transformacji, przechodzenia ze stanu ograniczonego do bezmiernego. Na końcu tej drogi – jak relacjonują ci, którzy ją przebyli – odkrywa się, że w rzeczywistości nigdy nie przestaje się być tym bezmiarem nieskończoności, ale z jakiegoś powodu jedynie ogranicza się na jakiś czas swoje „pole widzenia”, swoją świadomość do jej bardzo malutkiego obszaru. Tę zawężoną świadomość nazywa się świadomością zewnętrzną, natomiast jej źródło – nieskończony pierwowzór – świadomością wewnętrzną. Odkrywa się również sens leżący u podstaw pozornie niezwiązanych ze sobą form tego świata, a zawierający się w jej prawdziwej naturze – w Jedności. Ową wewnętrzną Jedność w zewnętrznym świecie form nazywa się duchową Miłością. Właśnie Ją wskazują nam na przeróżne sposoby, nieustannie i bez wytchnienia wszyscy duchowi przewodnicy. Nie chodzi tu o emocjonalną, ludzką miłość, ale wszechogarniającą świadomość istnienia w duchowej Jedności. Kochając taką Miłością nie kochamy innych ludzi czy inne istoty, ale swoje własne prawdziwe i wieczne Jestestwo, które jedynie przejawia się w świecie form i kształtów na nieskończone miliardy sposobów. Tylko ta Miłość jest trwała, tylko Ona jest niezależna, a więc tylko Ona jest prawdziwa. Właśnie dlatego i tylko dlatego każdy duchowy nauczyciel przychodzi na Ziemię z dobrą nowiną, która głosi, że w każdym człowieku jest iskierka nieskończoności i każdy z nas w swej prawdziwej istocie zawiera nieśmiertelny boski pierwiastek.   Zatem każdego dnia, choć przez chwilę, z neutralną szczerością zaglądaj w głębię samego siebie. Nie od razu czegokolwiek się dopatrzysz, tak, jak nie od razu dostrzeżesz piaszczyste dno migoczącego falami jeziora. Jednak z biegiem czasu regularna wytrwałość uspokoi wzburzone fale Twojego umysłu, a wtedy nie pozostaniesz bez nagrody.

Czakry w ciele człowieka

background-1107667__340Dopiero niespodziewana zmiana w kierującej nami machinie życia, niekiedy nawet wstrząs, zwany nieszczęściem, wybija nas z letargu nieświadomości. Takie doświadczenie uprzytamnia nam nietrwałość zewnętrznych „obiektów”, w których „lokujemy” źródło swojej satysfakcji. A jeżeli ponowne uzależnienie od innych zewnętrznych „obiektów” z góry spisane jest na niepowodzenie, być może trwałe rozwiązanie tkwi gdzieś indziej – właśnie „wewnątrz”?  Drogi Czytelniku, przekonaj się sam! Nie musisz w nic uwierzyć, gdyż nie ma niczego bardziej rzeczywistego od Ciebie samego. Nie musisz niczego wiedzieć, gdyż nie ma wyższej wiedzy nad poznanie samego siebie. Miejscem, na którym powinieneś skupić swoją uwagę jest właśnie środek klatki piersiowej. W systemie indyjskiej jogi nazywa się je czakrą Serca, a w Chrześcijaństwie Sercem Jezusa. Odnoszą się one do jednego z głównych ośrodków świadomości w ludzkiej istocie. System indyjskiej jogi mówi o tysiącach „kanalików” energetycznych pokrywających witalne – czyli emocjonalne lub inaczej mówiąc subtelne – ciało człowieka. Nieustannie przepływa nimi energia życiowa, a w miejscach jej skrzyżowań powstają centra energetyczne zwane czakrami. W ciele subtelnym człowieka jest ich kilka tysięcy, jednak spośród nich wyróżnia się siedem największych. Sześć rozmieszczonych jest wzdłuż całego kręgosłupa, natomiast siódma znajduje się około pięciu centymetrów nad szczytem głowy. Każde z tych centrów energetycznych jest „bramą” do odpowiadającego mu „obszaru” świadomości, ale skupianie się na którejkolwiek z nich bez odpowiedniego przygotowania i przewodnictwa kompetentnego nauczyciela może być bardzo niebezpieczne. Wyjątkiem jest tylko jedna z tych czakr, jest nią właśnie Centrum duchowego Serca, zwane w sanskrycie czakrą Anahata. Znajduje się ona w środku klatki piersiowej i właśnie to miejsce wskazujemy intuicyjnie, gdy mówimy o sobie.

Tysiące lat mijają w nieubłaganym pędzie

bridge-1149906__340Pokolenia przetaczają się w trudzie swych zmagań. Rody i społeczeństwa umierają i odradzają się w swych potomkach. Ja i Ty bez ukojenia zbieramy żniwo swego przeznaczenia. Czy zawiłe losy każdego z nas są dziećmi przypadku czy też rezultatem naszych działań? Artykuł zaskakuje świeżym spojrzeniem na życie…  „Czana! – kim są ci ludzie? Dlaczego ich włosy nie są czarne, jak nasze? Dlaczego ich skóra jest dziwnie pomarszczona? Dlaczego ledwo chodzą i są tak skąpo odziani w stare łachmany?…” Te pytania wypłynęły z ust wielkiego księcia w chwili jego młodzieńczego rozkwitu i chwały. Chwili, która pojawiając się nagle w ciągu sześciu lat zamieniła beztroskiego księcia doczesności w przenikającego Prawdę Króla Wieczności – Przebudzonego.  Tysiące lat mijają w nieubłaganym pędzie. Pokolenia przetaczają się w trudzie swych zmagań. Rody i społeczeństwa umierają i odradzają się w swych potomkach. Ja i Ty bez ukojenia zbieramy żniwo swego przeznaczenia.  Czy nasze zawiłe losy są dziećmi przypadku czy też rezultatem własnych działań? Nieświadomy początek i nieuchronny koniec naszego życia są żartem bezdusznej natury czy też skutkiem zawartym w jej istocie? Czy w ścieżkach wybieranych przez nasze przeznaczenie kryje się niewidzialny drogowskaz czy też uwijane są one w bezwładnym nieładzie?  Niemal każdy z nas, sprowokowany niespodziewanymi wybrykami rzeczywistości, zaskoczony nieuzasadnionymi, a niekiedy i bezlitosnymi zwrotami losu, choć na chwilę zatrzymuje swą myśl przy tych pytaniach. Z nadzieją na zrozumienie wypatruje w nich uwolnienia, lecz te, jak chmury na niebie, rozwiewają się po chwili i pozostawiają nas z niesmakiem własnej ulotności. Jednak pomimo braku bezpośredniej odpowiedzi, sama ich obecność obdarza nas czymś szczególnym: przełomowym spostrzeżeniem i oświecającym przeobrażeniem – zmusza nas do stanięcia twarzą w twarz ze zrodzoną z tych pytań ostateczną zagadką: KIM JESTEM? Te dwa słowa zawierając w sobie wszystkie inne pytania, bezpośrednio kierują poszukującego do sedna ostatecznego zrozumienia. Zatem nie będzie już niepokojony ten, kto znajdzie na nie odpowiedź.  Kim jesteś? Czy jesteś swym ciałem? Spójrz, drogi Czytelniku, na siebie i przeprowadź mały eksperyment. Spróbuj przedstawić się samemu sobie tak, jak przedstawiasz się wśród nieznajomych. Przyjrzyj się swoim gestom i wsłuchaj w to, co wtedy mówisz. Reakcje wielu ludzi są podobne. Niemal każdy kładzie dłoń na własnej klatce piersiowej i wymawia swoje imię. Zastanawiające, dlaczego nikt nie wskazuje np. na głowę. Przecież to tam, według większości z nas, ze względu na obecność myśli, znajduje się prawdziwe nasze Jestestwo. Czyżby powodem była zwykła anatomia powodująca, że łatwiej jest wskazać na klatkę piersiową? Dlaczego więc nie wskazujemy na brzuch, czy też będąc w pozycji siedzącej nie łapiemy się za kolano…?  Powód jest ku temu inny. W swoim codziennym życiu skupieni na zewnętrznych obiektach i sytuacjach, pochłonięci zabieganiem o spełnienie swych potrzeb i pragnień, zupełnie nie zauważamy samych siebie. Zdawkowe przeglądanie się w lustrze służy jedynie lepszemu dopasowaniu do trendów narzucanych przez innych ludzi. W nieprzemyślanej nadziei sądzimy, że kolejny samochód i jeszcze jeden dom obdarzą nas pełną satysfakcją i trwałym spełnieniem. Jednak czy upragniona satysfakcja jest podzespołem montowanym w samochodzie? Czy może spełnienie leży w wielkości i kolorze domu?

Niewolnica kompleksów

camera-791377__340Uznałam, że Janis tworzyła w akcie desperacji, ponieważ mimo zapewnień jej przyjaciół, którzy w wielu wypowiedziach podkreślają jej ukochanie życia (por. Ellis Amburn „Perła. Obsesje i namiętności Janis Joplin”: „Dla Janis Bóg i seks, duchowość oraz wolność i przyjemność – to była niepodzielna treść życia. (…) Kochała życie i miała wewnętrzne przekonanie, że jeśli coś sprawia przyjemność, to należy to robić”) kiedy teraz na nią patrzę w wywiadach, jakie pozostały czy czytam o niej, z małych dygresji i między słowami, odnajduję zagubioną dziewczynkę, brzydulę, która przez całe swoje życie nie mogła osiągnąć emocjonalnej stabilizacji. Nie mogła, bo nie chciała. Musiałaby wówczas przystać na to, że nie jest kobietą uznawaną obiektywnie piękną, pełną uśmiechu i seksapilu. Musiałaby pogodzić się ze swymi błędami, z tym że mnóstwo zachowań kopiuje, bo nie wierzy w swój potencjał. Wyobrażam sobie, jaka mogłaby się stać po przejściu tej granicy i po osiągnięciu pełnej akceptacji dla samej siebie. Mogłaby być geniuszem artystycznym (przed odkryciem talentu wokalnego Janis malowała i wychodziło jej to, według licznych relacji, bardzo udanie. W szkole ponadpodstawowej pisała też sztuki. Jej psychoterapeuta doktor Ed Rothschild parę miesięcy przed śmiercią stwierdził, że intelektualnie balansowała na granicy geniuszu) Wyobraźcie sobie Janis Joplin spotęgowaną o to wewnętrzne światło ufności. Mogła być boginią, primadonną wszechczasów, a stała się tylko hipiską o niezwykłym głosie. Mogła być szczęśliwą, spełnioną kobietą, tymczasem była niewolnicą poszukiwań szczęścia w seksie, narkotykach, pieniądzach i sławie. Myślę że świetnym odzwierciedleniem jej problemu utknięcia w pewnym martwym punkcie z okresu dorastania, była wizyta w rodzinnym Port Arthur, w Teksasie, gdzie jako dziewczynka została skazana na ostracyzm, z którym wówczas nie potrafiła walczyć. Powróciła z żałosnym pióropuszem na głowie, roztaczając wokół blichtr światowej sławy. Na nagraniu z tej wizyty (można je łatwo znaleźć na youtubie pośród wywiadów z Joplin) wyraźnie widać, że stała się znowu tą małą, bezradną dziewczynką, pozującą tylko na silną i wyzwoloną. Udaje swobodną, ale co jakiś czas zamyśla się, można odnieść wrażenie, że lada moment wybuchnie płaczem, ale zamiast tego następuje wybuch nienaturalnego chichotu. To Pearl, z której próbuje wydostać się prawdziwa Janis, obawiająca się jednak jak tą prawdziwą przyjmie głupio śmiejący się tłum.

Janis historia życia

city-995780__340Pearl mieniąca się wszystkimi barwami; niczym pstra papuga, obwieszona koralikami, z szopą potarganych włosów, przyozdobionych piórami i z boa, zdobiącym (szpecącym) chude ramiona, była przeciwstawieństwem Janis – pragnącej miłości, jak niemal każda kobieta łaknącej ciepła i stworzenia domu, spokojnej przystani. Pearl i Janis – dwa imiona, wskazujące na chroniczne rozdwojenie jaźni, wynikające z intensywnego ćpania. Poza Bessie, której Janis ufundowała nawet nagrobek, piosenkarka podziwiała i naśladowała także innych przedstawicieli glam rocka – uwielbiała Little Richarda, lubiła Tinę Turner. Bez wątpienia imponował jej w ich twórczości scenicznej przepych, splendor, kiczowaty wizerunek zblazowanych artystów, trzeba przyznać, że niezwykle energetycznych. Ważna dla niej była także wielka diwa tamtego pokolenia: Odetta Holmes – niespotykana indywidualność artystyczna, o przepięknym głosie, mądra, jednym słowem: olbrzymka.   Janis nie rozstawała się też z biografią Billie Holiday, artystki która stanowiła dla niej ważną inspirację. Lady Day używała swojego głosu w służbie swingowego jazzu. Odbiór jej fenomenalnego wokalu bardzo przydał się Janis; poszerzył jej muzyczne fascynacje, wniósł do nich nieco wyrafinowania i chęci osiągnięcia kunsztu. Na jej koncepcję śpiewania miał duży wpływ także Otis Redding, który zrewolucjonizował soul. Jakie książki czytała Janis Joplin? Niewyszukane i także bardzo a propos szalonych czasów, w których przyszło jej żyć. Były to więc, obok wspomnianej biografii Billie, popularna wówczas powieść Jacka Kerouac „On the Road” (Na drodze), a także bardzo kontrowersyjny „Naked Lunch” (Nagi Lunch) Williama Burroughs. Obydwie kładły nacisk na to co Janis ukochała: na swobodę odkrywania świata i człowieka, nie uznającą kompromisów, posuniętą do granic dobrego smaku, urzeczoną wszystkim co teraz wydaje nam się turpistyczne i kiczowate.

Niekiedy patrzymy w lustro i myślimy sobie…

graffiti-993035__340Niekiedy patrzymy w lustro i myślimy sobie: ach… mieć te kilka tysiączków na operację, żeby zmienić to czy tamto…W niemal każdej z nas istnieje potrzeba zmiany czegoś w swoim wyglądzie. Ale przecież żadna z nas nie dostała mało zaszczytnego tytułu najbrzydszego chłopaka w liceum. Janis Joplin wygrała w takim konkursie. Była brzydulą, której fenomen wstrząsnął tradycyjnym postrzeganiem wizerunku kobiety. Zawsze nosiła spodnie, co było w latach 50. jeszcze szokujące. Była niepokornym beatnikiem, esencją natury hipi. W liceum nosiła się jak chłopak i zadawała głównie z chłopakami. Miała pryszcze i lekką nadwagę. Nie należała do pięknych słodkich idiotek. Duch tych czasów afirmował wyzwolenie i wszystko co nonkonformistyczne, czasami anarchistyczne. Janis uosabiała te wartości. Na scenie była czystą energią. „Miotała się w obłędnym scherzo bioder, nóg, włosów i barw”. Także poza sceną była „niepowstrzymana, porywcza, zmienna jak kalejdoskop; rejestrująca najdrobniejsze emocje niczym nadczuły encefalogram (…) robiła wokół siebie hałas, nawet kiedy milczała” Była żywym wcieleniem wybornego LSD – pełna erotyzmu, swobody, wizji odrealnionego świata i…wykrzywionego obrazu rzeczywistości, przelewającej się w dołującej desperacji i różnego rodzaju kompleksach. Bo świat, który był przez to pokolenie upragniony, wyśniony w idealnym Imagine nie mógł się spełnić inaczej jak w paroksyzmie śmiertelnych narkotycznych „zejść”. To charakterystyczne dla wszelkich utopii działanie, zniszczyło wielkie talenty – m.in. w odstępie kilkunastu dni Hendrixa i Joplin, obydwojga 27-letnich.  Inspiracje Janis  To co czytamy, czym karmimy swój głód sztuki i wiedzy, w sporej mierze świadczy o naszych potrzebach i niemało mówi o naszej naturze. Joplin miała paru idoli, którzy ją inspirowali. Ich dobór mówił o ogromnym apetycie na życie. Był to apetyt iście bulimiczny. Janis kochała obscenę, drugs, seks i rock`n`roll. Uwielbiała imponować, być zauważana. Wizerunkiem, stylizowanym na jej ukochaną Bessie Smith, prowokowała i rekompensowała swoje pełne upokorzeń dzieciństwo i okres dorastania. Kiedy stała się sławna, jak wielu artystów stworzyła artystyczną kreację, która kontrastowała z dziewczyną w niej w istocie wrażliwą.

Kiedy idylla zmienia się w thriller…

architecture-22039__340Pracoholizm prowadzi do wielu schorzeń. Człowiek uzależniony od pracy zaczyna zaniedbywać siebie. Brak snu i relaksu, a przede wszystkim zaniedbywanie czasu posiłków, które często zastępuje kawa, powodują bóle głowy, bóle kręgosłupa, bóle żołądka, biegunkę, wrzody żołądka, wrzody dwunastnicy, utratę wagi, anoreksję, bulimię, zaburzenia snu, koszmary senne.  Pracoholik staje się agresywny i nerwowy. Kiedy zwracamy mu uwagę na nieadekwatność jego reakcji czy nieudolność w tym, co robi (w końcu jak długo można być w czymś doskonałym?) reaguje wybuchem niepohamowanej złości.  Zaburzenia percepcji i kłopoty z koncentracją prowadzą go do wypalenia zawodowego. Można u niego zaobserwować całkowite zobojętnienie na otoczenie; w końcu stany lękowe i silną depresję. Skrajne przypadki kończą się totalnym wycieńczeniem organizmu, w wyniku schorzeń krążeniowo-sercowych pracoholik dostaje zawału i umiera.  W Japonii śmierć tego rodzaju nazywana jest karoshi i stanowi chlubę dla pracownika, jego rodzina wynagradzana jest wysokim ubezpieczeniem. Ofiarą karoshi stał się nawet premier Japonii, Keizō Obuchi.  Thomas Alva Edison powiedział: „Nie przepracowałem ani jednego dnia w swoim życiu. Wszystko co robiłem, to była przyjemność”. Pamiętajmy, że praca powinna być źródłem naszej radości, dystansujmy ją jednocześnie od swego życia osobistego, ponieważ poświęcenie się jej bez reszty zuboża naszą osobowość.